niedziela, 25 sierpnia 2013

Przecier pomidorowy Koali... bez pasteryzacji

Niedzielne, leniwe południe...
Zegar powolutku sobie tyka, zapachy rozchodzą się po domu...
Popijam aromatyczną kawkę z ekspresu a na kuchni powolutku "pyrka" ...
No właśnie...
Zrobiłam porządek z pomidorami w szklarni i na zewnątrz...
Pozbierałam wszystkie pomidorki przejrzałe i niekształtne... 
nazbierało się tego sporo, prawie 3 kg.
Postanowiłam zrobić przecier... taki, jak ja i Kuba lubimy...
Bo przecież nie ma nic lepszego od przecieru domowego.
Zawsze nasiona sama wysiewam, pielęgnuję, potem pikuję większe roślinki do małych doniczek 
a pod koniec maja przesadzam do dużych donic w szklarni. 
Kocham donice... zawsze mam porządek, bo szklarnia wyściełana jest czarną włókniną.
A co najważniejsze, każdego roku pomidorki mają świeżą ziemię 
i mam gwarancję, że choróbska nie siedzą w starej ziemi.
A pomidorkom dobrze jest w przerobionym oborniku końskim z domieszką ziemi...
Rosną jak na... drożdżach.
I nigdy, przenigdy nie stosuję chemii...
A oto przepis na przecier pachnący latem i ziołami....



Przepis Koali na przecier pomidorowy:
około 3 kg pomidorów
2 średnie cebule
8 ząbków czosnku
4 łyżki oliwy
sól, pieprz, cukier, tymianek i bazylia

Cebulkę i czosnek pokroić i kosteczkę, podsmażyć na oliwie, posolić i popieprzyć. 
Do cebulki wrzucić pokrojone w kawałki pomidory. 
Niektórzy usuwają pestki i skórkę, ale ja tego nie robię.
Gotować do momentu rozpadu pomidorów i zgęstnienia sosu. 
Cały czas "smaczymy" nasz przecier, wedle uznania.
Dobrze miksujemy ręcznym mikserem, takim jak miksujemy zupy i jeszcze troszkę gotujemy, 
by wygotować nadmiar wody. 
Ostatecznie doprawić solą, pieprzem, cukrem i ziołami.
Następnie gorący sos wlewać do słoików, które wcześniej należy wyparzyć, 
mocno zakręcić i odstawić na ściereczkę nakrętką do dołu, aby słoiki się zamknęły, 
wtedy przetwory nie wymagają pasteryzacji.
Po 15 minutach odwrócić, żeby resztki powietrza w słoiczkach dobrze zassało nakrętki.
I tyle... 
Plan na dzisiaj wykonany... wszyscy będą zimą szczęśliwi....
A ja Was Kochani Przyjaciele całuję ....


Patchworkowy świat Koali



Dzisiaj zabiorę Was do mojego maleńkiego miejsca, gdzie tworzę swoje "dzieła"…
Jeszcze nie mam prawdziwego stanowiska pracy, ale może kiedyś takie powstanie…
Zresztą, dla mnie najważniejsze jest to, abym dobrze się czuła wymyślając, 
krojąc i rysując wzory.
A gdzie to robię, czy przy jakim stole nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia…
Prawdą jest, że po dłuższym czasie krojenia czy szycia w pozycjach… dość dziwnych, dzień kończy się bólem wszystkich mięśni a zwłaszcza karku. 
Ale… co tam… następnego dnia już jest dobrze.
Jestem cały happy, bo odebrałam w piątek nowe, wyszukane z trudem, zamówione materiały.
Cały problem jest z właściwymi tkaninami. Patchwork ciągle jest mało popularny w Polsce i pewnie dlatego  nie opłaca się sprowadzać większej ilości i bardziej zróżnicowanych tkanin. A te najpiękniejsze można kupić tylko w USA.
Mam adresy kilku internetowych sklepów w Polsce, ale wybór tkanin jest... bardzo, bardzo mały.
Ja ciągle bazuję na tych, które kupowałam na Alasce, w maleńkim sklepiku. Na tej małej powierzchni cudowna właścicielka zgromadziła setki przepięknych tkanin. 
Jeśli chciałam dopasować materiał w barwie zieleni, musiałam wybierać pośród kilkudziesięciu beli… były ułożone w dwóch rzędach - ciepłe odcienie i zimne. Od najjaśniejszych do najciemniejszych. 
Do tego jeszcze dochodził deseń, duże wzory lub bardzo drobniutkie. Pamiętam, że spędziliśmy tam z Kubą prawie całe popołudnie dopasowując odpowiednie materiały do narzuty.
Dlatego każdy, najmniejszy skraweczek materiału jest bardzo cenny.


Moja Przyjaciółka Dorotka zamówiła kolejne podkładki. 
Jest to zupełnie szalona niewiasta… nie mogę Jej nic nowego pokazać, bo od razu widzę, jak Jej oczy zaczynają świecić… i już to chce. 
Pierwsze dla niej maty obiadowe w zasadzie są skończone, 
ale naszyję jeszcze w każdym roku aplikację - będzie to kwiatek.
Potem zostaje tylko przepikowanie i oblamowanie.


Następny zestaw przygotowany dla Dorotki na podkładki obiadowe. Będą zrobione z paseczków o szerokości 1cm, ułożone w kształcie labiryntu. 
Podkładka będzie podzielona na pół po skosie. 
Po jednej stronie jaśniejsze tkaniny na przemian a po drugiej, ciemniejsze.


Przygotowuję już w głowie wzory na Boże Narodzenie. 
Po raz pierwszy zaczęłam realizować zamówienia w zeszłym roku 
i  były momenty zupełnie szalone. 
Szyłam całymi dniami i nocami, żeby w terminie oddać zamówienie. 
W tym roku zacznę pracę wcześniej.



A to moja "biblia".  
Książka, która zawiera 1000 różnych bloków, z których składa się quilt - czyli już gotowy wyrób zrobiony techniką patchworkową. 
Każdy blok ma swoją niepowtarzalną nazwę i powinno się go uszyć według podanej instrukcji. 
Tzn. ciemne kwadraciki, czy trójkąciki powinny być uszyte z ciemnych tkanin, 
białe  - z jasnych itd. 
Dzięki temu uzyskujemy właściwy dla danego bloku design. 
Oczywiście, można to zmienić, ale nie będzie to już ten blok, będzie to już wariacja bloku.


No i maszyna, moja ukochana, targana z Alaski z duszą na ramieniu, 
żeby tylko nic się jej nie stało.
Pewnie teraz są już nowsze, lepsze modele… ale ta… jest wyjątkowa, jedyna, 
ukochana moja PANI…


Narzędzia - podstawą są maty z podziałką i nóż do krojenia. 
Nie wyobrażam sobie wycinania zwykłymi nożyczkami…
Oczywiście, jeśli się chce zrobić coś dla siebie, pojedynczą sztukę, nie ma sensu kupować tych wszystkich rzeczy. 
Super ważne są odpowiednie liniały z podziałkami - jak widzicie, wszystkie podziałki są w calach. 
Dlaczego? Ponieważ w USA operuje się właśnie "calem". 
Musiałam się przestawić na "calowe" myślenie. 
Ale powiem Wam, że do patchworków wygodniejsza jest ta podziałka. 
Tych liniałów mam całą masę, w różnych wielkościach i kształtach. 
Dalej, specjalne różnego kolorowe pisaki, którymi rysuję wzory do pikowania. 
Bez nerwów… ślady po nich znikają zaraz po lekkim zwilżeniu.
Oczywiście żelazko, najwygodniejsze jest małe, do prasowania na bieżąco małych elementów. 
Krochmal w sprayu -  cudowna sprawa. Kiedyś sama robiłam delikatny krochmal, ale w tej chwili używam tylko tego w sprayu.
Do czego go potrzebuję? Zaraz wyjaśnię.
Jak może wiecie, quilt składa się z 3 warstw, mówimy że jest to "sandwich" - kanapka.
Pierwsza - wierzchnia tkanina z wzorami.
Środkowa - jest to miękki, wypełniacz bawełniany lub poliestrowy.  
Cienki lub grubszy, wszystko zależy od tego, co szyjemy i jaki efekt chcemy uzyskać. 
Do narzut najlepsze są wypełniacze bawełniane, takie narzuty są bardzo ciepłe i bezpieczne dla alergików. 
Na podkładki obiadowe, obrusy czy serwety lepszy jest poliestrowy.
Dzięki wypełniaczowi, pikowanie jest widoczne, materiał nie jest płaski 
tylko... żywy. 
Spód  - dopasowany kolorystycznie do całości, najczęściej jednolity i z jednego kawałka tkanina, czyli spód naszej "kanapki".
Musimy to wszystko razem zszyć, uważając, aby się nic nie pomarszczyło.
I właśnie teraz w ruch idzie krochmal w sprayu. 
Dzięki niemu materiały nie są tak wiotkie i nie marszczą się. 
Dużo łatwiej można je pospinać lub fastrygować i zabrać się za pikowanie.
Poza tym, krochmal zabezpiecza nasze "cudo" przed plamami. 
Jest cała masa czasem bardzo... dziwnych gadżetów… ale ja ich nie używam. 
Mam tylko to, co jest niezbędne.



piątek, 23 sierpnia 2013

Wielka huculska ucieczka...


Nasze łobuzy, hultaje, szkodniki… Kochane Hucułki… są członkami naszej rodzinki.
Jak, Paco i Gracja przyjechały do nas z południa kraju… zakupiliśmy je oglądając tylko zdjęcia w internecie.
Tak, wiem, jesteśmy… szalonymi ludźmi. Mało tego, nic nie wiedzieliśmy o koniach… tylko tyle, co chyba każdy wie… Pierwszy miesiąc był istnym koszmarem… co 5 minut wyglądanie przez okno, czy są. Nieprzespane noce, karmienie z zegarkiem w ręku, sprzątanie prawie po każdej… kupce, odważanie co do grama i krojenie w idealne  0.5 cm plasterki marchewek, robione w pośpiechu ogrodzenie, szukanie siana i słomy… i… poszukiwania naszych milusińskich. 

Prowodyrka wszelkich psot - Gracja.

Tak, tak… na własne oczy widziałam, jak Gracja z… gracją wyłamała deskę i wyszła za ogrodzenie. Za nią oczywiście cała reszta. Zanim dotarliśmy na pastwisko, było już widać tylko… rozwiane grzywy i ogony… 
I co teraz? Staliśmy wmurowani w ziemię. Zima, mróz, śniegu po pachy, robi się ciemno… Pierwsze dwie godziny tropiliśmy je po śladach na śniegu. 
Ale zrobiła się już noc, przemarzliśmy na kość i trzeba było zastanowić się, 
co dalej…

 Jak i Paco...

Po wypiciu kawy, Jakub z śp. tatą Jurkiem poszli przez ośnieżone pola z latarkami w miejsce, gdzie podobno ktoś je widział. A ja objeżdżałam samochodem wolniutko wszystkie ścieżki i dróżki leśne. Czasem było… strasznie, pagórki, dolinki, doły… Ale zupełnie nie myślałam o tym, że mogę się gdzieś zakopać w nocy, nie wiedząc dokładnie, gdzie jestem. W końcu dojechałam do głównej drogi…
Wydawało mi się, że na świeżym śniegu widzę ślady kopyt… wjechałam jeszcze na główną drogę rozglądając się, ale cała zapłakana, zrezygnowałam z poszukiwań. Była już godzina 4 rano… Nie mogliśmy zasnąć, tak nam było smutno, źle, nasze kochane niuńki gdzieś się zgubiły, same, głodne, a my nic nie możemy zrobić. 
I nagle olśnienie…

Po środku Paco.

Zerwałam się na równe nogi i o 6-ej rano zadzwoniłam do naszego Radia Kaszebe. Poprosiłam o pomoc. Opisałam w pośpiechu naszych uciekinierów podając dokładny… rysopis. Osoba z którą rozmawiałam była… lekko w szoku, ponieważ na ogół ludzie szukają zaginionych kotków i psiaków, a tu o świcie dzwoni zapłakana kobietka i szuka… koni… I wiecie, że dosłownie za kilka minut usłyszeliśmy nasze ogłoszenie z prośbą o rozejrzeniu się, czy nie ma ktoś na swojej posesji nieproszonych gości? To było niesamowite. Płakałam jak dzieciak, ale poczułam, że jest nadzieja, że może ktoś je widział i zaraz zadzwoni…. Oczywiście, jeszcze raz wyjechaliśmy na poszukiwania… i nagle… telefon… Nasz sąsiad… " Wasze konie są w mieście u znajomego w stodole". O rany, dokładnie tam, gdzie zrezygnowana zakończyłam nocne poszukiwania… I były… grzeczne, stały w stodole z głowami opuszczonymi, tak jakby wiedziały, że nabroiły… Powrót do domu trwał… półtorej godziny… przez całe miasto i przez pola… Kiedy już były na miejscu, w "nagrodę" dostały pyszne sianko, marchewki, jabłuszka, a my… wykończeni, mogliśmy odpocząć. Myślicie, że już więcej nie próbowały? Oczywiście, że tak… Poszły sobie na wycieczkę jeszcze … dwa razy… wiosną, zjadając i dewastując przy okazji moje młodziutkie drzewka owocowe. I wtedy, postanowiliśmy założyć "pastucha"… wycieczki i zwiedzania skończyły się.
Ale kiedy nie ma prądu, denerwuję się i pilnuję, bo wiem, na co je stać…

Hucułka - scanned from Bukowina in Wort und Bild, Vienna, Austria, 1900

Troszkę historii o Hucułach...
Konie huculskie należą do jednej z najstarszych opisanych w Polsce ras koni. Te niewielkie koniki górskie nazwę swą wywodzą od górali ruskich - Hucułów.
Hucuły wytworzone zostały na terenie Bukowiny oraz Karpat Wschodnich (tzw. Karpat Lesistych) w górnym biegu Czeremoszu, Prutu, Putilly, Mołdawy, Suszawy i Tissy. Nazwę swą wywodzą od miejscowej ludności - górali ruskich Hucułów. Nie wiadomo dokładnie jakie jest pochodzenie tej rasy. Prawdopodobnie wywodzą się one od koni tatarskich, orientalnych, arabskich, tureckich, koni Przwalskiego. Rasa ta kształtowała się głównie pod wpływem środowiska: ostry klimat górski, niedobór paszy, prymitywne warunki bytowania.
Do końca nie ustalono jakie jest pochodzenie koni tej rasy. Według opinii wielu autorów, konie huculskie są potomkami różnych typów koni: tatarskich, polskich, orientalnych, tureckich, tarpanów, koni Przewalskiego. 
W swej ojczyźnie na Huculszczyźnie konie przez cały rok przebywały na połoninach, jedynie podczas ostrych zim znajdowały schronienie w prymitywnych stajniach. Zimą żywiły się sianem ze stogów na górskich halach natomiast latem ubogą trawą na pastwiskach. Jedynie konie ciężej pracujące dokarmiano owsem.
To ciągłe bytowanie koni w surowych warunkach górskich pod gołym niebem, przemieszczanie w górzystym terenie oraz długie marsze pod znacznym obciążeniem jucznym hartowało konie przez całe pokolenia i wyrobiło w nich zdrowie, odporność, niewybredność i wielką żywotność .

"Czerwony pas" - pieśń górali, Józef Korzeniowski 1797-1863

Czerwony pas, za pasem broń
I topór, co błyska z dala,
Wesoła myśl, swobodna dłoń:
To strój, to życie górala.

Refren:
Tam szum Prutu, Czeremoszu
Hucułom przygrywa,
A ochocza kołomyjka
Do tańca porywa.
Dla Hucuła nie ma życia,
Jak na połoninie,
Gdy go losy w doły rzucą,
Wnet z tęsknoty ginie.

Gdy świeży liść pokryje buk
I Czarnohora zczernieje,
Niech dzwoni flet, niech ryczy róg!
Odżyły nasze nadzieje.

(Refren)

Pękł rzeki grzbiet, popłynął lód,
Czeremosz huczy po skale,
Nuż w dobry czas kędziory trzód
Wykąpią nasi górale.

(Refren)

Połonin step na szczytach gór,
Tam trawa w pas się podnosi,
Tam ciasnych miedz nie ciągnie sznur,
Tam żaden pan ich nie kosi.

(Refren)

Dla waszych trzód tam paszy dość,
Tam niech się mnożą bogato!
Tam runom ich pozwólcie róść,
Tam idzcie na całe lato.

(Refren)

A gdy już mróz posrebrzy las,
Ładujcie ostrożnie konie,
Wy z plonem swym witajcie nas,
My z czarką podamy dłonie.

zdjęcie hucułki

czwartek, 22 sierpnia 2013

Dary mojego ogrodu...


Druga połowa sierpnia… czas wielkich zbiorów nadchodzi…
Trzeba już pomyśleć o robieniu przetworów, odkopać z pamięci przepisy, zakupić nowe słoje, nakrętki, dużo cukru i przypraw…
W ogrodzie czeka aronia do zbierania. W tym roku gałęzie uginają się od ciężaru owoców.
Pewnie zrobię soki do… nalewki aroniowej. 
Nasze domowe nalewki… to nasza wielka słabość z Kubusiem. 
Pomidory w szklarni… posadziłam trzy odmiany, ale jedną przeznaczę na zrobienie przecieru…
Taki przecier własnej roboty z własnych pomidorów jest przepyszny. Zawsze dodaję dużo czosnku, cebulki i dużo ziół… A kiedy przychodzą chłodne dni i otwieram taki słoiczek…. mmmmm…. bajka… aromat rozchodzi się po całym domu… i głód w jednej sekundzie atakuje żołądek, 
ślinianki zaczynają mocniej pracować… 
Śliwki jeszcze dojrzewają … W naszym rejonie wszystko zaczyna kwitnąć później, niż gdzie indziej. 
W związku z tym i zbiory mamy późniejsze. 
Każda z nas, białek w naszej wiosce - tak się mówi na kobiety na Kaszubach - już wie, że krzaczki pomidorków przenosimy na zewnątrz dopiero w pierwszych dniach czerwca. 
Ogórki siejemy po koniec czerwca. Tak już u nas jest… pogoda nas nie rozpieszcza, ale … zawsze to powtarzam, nie ma co narzekać… inni mają gorzej…
Rajska jabłoń, maleńkie drzewko a ma ogrom owoców na sobie. Jest taka wdzięczna, uwielbiam ją, 
bo od wczesnej wiosny do późnej jesieni ozdabia nasz ogród swoją piękną szatą. 
Bardzo wcześnie zieleni się, ma cudne podłużne, ciemno zielone liście, dość szybko zakwita, prawie w tym samym czasie co wiśnia japońska. A potem zawiązuje maleńkie owoce. W tym roku wyjątkowo dużo ma owoców, są większe niż ostatnio i bardziej czerwone, w zasadzie… bordowe. Ale na zbieranie ich jest jeszcze czas. Musimy poczekać do pierwszych przymrozków. 
Do przymrozków musi poczekać też pigwa, ukochany owoc… zdrowy i nieziemsko pachnący… 
Owoc  bardzo twardy. I obojętnie co będziemy z nich robić, musimy pozbyć się nasion, których ma bardzo dużo. Wymyśliłam, że do tego celu użyję specjalnego tasaczka i specjalnej do niego deseczki z wgłębieniem. Przywieźliśmy taki komplet z Alaski i uważam, że jest idealny właśnie do tego zadania. Kiedy zabieram się za dzielenie na ćwiartki każdej żółciutkiej kulki tym ostrym narzędziem, moja mama wychodzi. Nie może na to patrzeć. I tylko słyszę… "Jezu, zaraz obetnie sobie palce… " A ja spokojnie, bez nerwów kroję i rozkoszuję się wspaniałym aromatem.
Każdą ćwiartkę oczyszczam z nasion i rozdrabniam ręcznym blenderem, ale nie bardzo drobno . 
Potem zalewam… miodem… Sok używam do pigwówki a owoce do… herbatki… pycha.
Oczywiście jeszcze grzyby, które tak na dobre zaczną się u nas za jakieś… dwa tygodnie.
Na zaprawy zbieram tylko i wyłącznie malutkie kapelusiki podgrzybków… robię je w occie jabłkowym z aromatycznymi przyprawami… Uwielbiam też opieńki…. 
Do suszenia zbieram większe grzyby, głównie prawdziwki, koźlarze, podgrzybki, zajączki i kanie… 
Jeśli sezon będzie dobry, znowu będę mogła obdarowywać chętnych… uwielbiam to… 


W tym roku postanowiłam, że zamiast stać przy kuchni w domu, przeniosę się do ogrodu.
Namówiłam Kubusia do wystawienia "kozy"…  ależ to super sprawa. 
Jak wieś, to wieś… zwłaszcza, że przy robieniu soków zawsze cała kuchnia lepi się. 
Zmywanie i sprzątanie trwa... całe wieki.
A ponieważ zajmuje to bardzo dużo czasu i pewnie nie będę miała już sił na gotowanie obiadu, wymyśliłam, że obok, na palenisku w kociołku żeliwnym zrobię już wypróbowaną… pieczonkę.


Sprawdzony przepis na gromadkę głodomorów - ok. 16 osób

3,5 kg ziemniaków - młodych, wyszorowanych, w skórce, pokrojonych w sporą kostkę
700 g wędzonego boczku ze skórą – odkroić skórę i 6 plastrów – resztę pokroić w dość sporą kostkę 
500 g kiełbasy – pokrojonej w dość sporą kostkę 
6 dużych cebul – pokrojonych w średniej grubości plastry
4 spore marchewki  - pokrojone w ukośne plastry
3 średnie buraki - pokrojone w dość cienkie półplasterki 
500 g pieczarek – pokrojonych w plasterki
7 pomidorów – bez skórki w grubych plastrach lub 2 puszki pomidorów w puszce
przyprawy – sól, pieprz, ostra papryka, natka pietruszki, ziarna ziela angielskiego, 2 liście laurowe
5 liści włoskiej kapusty
1/2 butelki piwa
1/2 kostki smalcu + 1/4 kostki masła  - za pierwszym razem dałam tyle, ile jest w tym przepisie i było bardzo tłuste. Teraz da dno daję tylko skórę z boczku. Ale jeśli ktoś lubi tłuste potrawy, to można użyć i smalcu i masełka.
Na spodzie wyszorowanego kociołka należy ułożyć skórę z boczku, a na ściankach jeden okrąg z plastrów boczku. Pozostałe składniki dzielę sobie na 2 części, tylko ziemniaki na 3 części.
Potem układam warstwy w kolejności:
ziemniaki, marchew, cebula - sól, pieprz
buraki, boczek + kiełbasa - papryka w proszku
pieczarki, pomidory świeże lub z puszki - sól, natka, ziele, liść laurowy

..... i tak do końca składników.

Dokładnie ugnieć całość w kociołku (w trakcie pieczenia sporo się skurczy). 
Na samym wierzchu ułóż warstwę ziemniaków, posól je, włóż smalec i wlej piwo. 
Przykryj liśćmi kapusty, zamknij pokrywę i zakręć (niezbyt mocno). 
Piecz na małym ogniu w ognisku (dużo żaru) ok. 1,5 do 2 godzin.

Ten kociołek to prezent od mojej mamy na naszą rocznicę ślubu...

Jeśli tylko macie taką możliwość, aby zrobić na działce maleńkie palenisko, 
to polecam z całego serca taki kociołek. 
Strawa jest wyśmienita. 
Kiedy już warzywa i mięsko zaczyna dochodzić, czuje się ten zapach… wszędzie. 
Trudno jest doczekać w spokoju do czasu, kiedy danie będzie gotowe.
Ostatnio również wypróbowałam grochówkę. To dopiero była pychota…
Zorganizowanie "kociołka" jest fantastycznym sposobem na spędzenie cudnego czasu z rodziną, 
ze znajomymi z przyjaciółmi, kiedy już na dworze robi się chłodniej… 
Panie kroją wszystkie składniki, popijając przy tym … winko, 
panowie rozpalają palenisko z chłodnym piwkiem w ręce
a w tle sączy się muzyczka…  Jest wesoło i … bardzo towarzysko.
A że każdy z nas lubi spędzać czas na łonie natury w gronie ukochanych osób,
to jestem pewna, że spotkania "z kociołkiem" przyjmą się.
Bo przecież wspólnie przyrządzony posiłek, radość i śmiech to są bezcenne chwile.


środa, 21 sierpnia 2013

Lato na wsi...


Któż z nas, "miastowych" dzieci nie marzył o wakacjach spędzonych na wsi?
Chyba wszyscy…
Pamiętam najbardziej kilka dni które spędziłam z mamą i babcią w malutkiej wiosce, gdzieś na Lubelszczyźnie…
Pamiętam te stareńkie chatki, zapach tak inny od zapachów miasta. Wtedy wydawał mi się, delikatnie mówiąc, dość… nieprzyjemny… Pamiętam, jak starsza pani oprowadzała mnie po obejściu. Pokazywała krowy i świnie w oborze, gęsi syczące na podwórku, których bałam się panicznie. No i był też piękny, bardzo przyjazny koń na którym pierwszy raz w życiu siedziałam. Pamiętam izbę, w której cała nasza rodzinka spała pokotem na wielkim, starym łóżku, przykryta puchową kołdrą…
Koronkowe firanki, koronkowe obrusy, śnieżno białe serwety z ludowymi haftami…
Kwiaty polne w dzbanach, promienie słońca przedzierające się przez małe okienka... 
Pamiętam niedzielną Mszę Świętą w malutkim, drewnianym kościółku… śpiewy zupełnie inne niż u nas, kobiety ubrane… inaczej, z chustami na głowach, mężczyzn w odświętnych garniturach…
Pamiętam mleko pite prosto od krówki, własnej roboty pachnący i chrupiący chleb posmarowany smalcem… I pamiętam, że bardzo mi było smutno, kiedy trzeba było wracać do domu…
Taką wieś miałam przez wiele lat w swej pamięci.


         
          Na Wsi

Siano pachnie snem
siano pachniało w dawnych snach
popołudnia wiejskie grzeją żytem
słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach
życie - pola - złotolite

Wieczorem przez niebo pomost
wieczór i nieszpór
mleczne krowy wracają do domostw
przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu

Nocami spod ramion krzyżów na rozdrogach
sypie się gwiazd błękitne próchno
chmurki siedzą przed progiem w murawie
to kule białego puchu
dmuchawiec

Księżyc idzie srebrne chusty prać
świerszczyki świergocą w stogach
czegóż się bać

Przecież siano pachnie snem
a ukryta w nim melodia kantyczki
tuli do mnie dziecięce policzki
chroni przed złem.   
                                              - Józef Czechowicz


A dzisiaj, sama mieszkam na wsi. 
Kocham ten klimat i kocham zapachy, które teraz dla mnie są… piękne.
I choć życie tu nie jest takie cukierkowe, jakie było w moich marzeniach, nie zamieniłabym go na inne.
Te ciche poranki… tylko gdzieś kogut pieje na pobudkę… ptaki śpiewają… w nocy świerszcze grają, robaczki świętojańskie przyświecają… kawa inaczej smakuje… powietrze ma jakby więcej tlenu… własne pomidorki smakują z samym chlebem, jak najlepsza szynka. 
Wszystko smakuje tu i pachnie niebiańsko…
Tu dzień zawsze zaczyna się i kończy pięknie i optymistycznie.
Myślicie, że zmyślam? 
O, nie, Kochani ... Nie zmyślam.
Ale jedno wiem.  Doceniłam i dostrzegłam to piękno, po latach.
Kiedy dorosłam mentalnie i duchowo... 
I też wiem, że nie każdy potrafiłby rozstać się z wygodami miejskimi.
I to dobrze, każdy z nas musi znaleźć własne miejsce na ziemi, po to, by być szczęśliwym...
Po to, by budzić się i zasypiać we własnym, pięknym i wymarzonym świecie.

Nie jest szczęściem zna­leźć miej­sce, gdzie chciałoby się um­rzeć. 
Praw­dzi­wym szczęściem jest zna­leźć miej­sce, gdzie chciałoby się żyć... 


wtorek, 20 sierpnia 2013

Galeria wykonanych patchworków

Kochani, przedstawiam parę moich uszytych już patchworków. Nowe będę publikować na bieżąco.
Pierwsza narzuta...
Uszycie jej zajęło mi tylko 1 miesiąc. 
Całość wykonana jest z trójkącików i kwadracików, łącznie ponad 1000 kawałeczków zszytych.
Do tego naszywane aplikacje i całość przepikowana. 









Gdybym mogła, tworzyłabym patchworki bez wytchnienia. 
Niestety, wykonywanie ich jest bardzo czasochłonne i mozolne.
Tą narzutę (replika XVII wiecznej angielskiej narzuty) - ogromną, 240 X 240 - szyłam 3 miesiące. 
Wszystkie aplikacje przyszywałam ręcznie. 
Największym problemem było znalezienie właściwych tkanin.
Musiały być takie, jak na ilustracji - wiernie odtworzone.
Dla mnie jest ona wyjątkowa.
Szycie jej uświadomiło mi, że uporem i wytrwałością można zdziałać cuda..



Kuchenne ozdoby.
Łapki kuchenne i serduszko w klimacie wiosennym.
Udało mi się znaleźć odpowiednie tkaniny do uszycia tych śmiesznych króliczków.



Mój ulubiony patchwork  - " Kos w moim ogrodzie".
Niestety, nasze koty też go bardzo pokochały i ukradkiem chciały tego biedaka utrącić z drzewka.
Ale na szczęście, tkaniny są mocne i zdały koci test wytrzymałości.






A to efekt niedzielnego "wypoczynku" 23 marca 2013

Kolejne ptaszki zrobione dla mojej Przyjaciółki Dorotki







Pierwszy patchwork, który wykonałam będąc z moim Kubusiem na Alasce. 
Alaska jest naszym ukochanym miejscem na świecie, mimo całorocznych chłodów i niewielu dni ze słońcem. Ale za to wspaniała natura wynagradza wszystko. 

Sitka, mini mini miasto. Tam właśnie "zachorowałam" na patchworki, znalazłam sklep z tkaninami i ... maszynami do szycia (dostałam w prezencie od mojego męża) i oczywiście z przeuroczą właścicielką. To ona jako pierwsza dała mi wiele cennych wskazówek jak się za to zabrać. Oczywiście, mój ukochany Kuba, za każdym razem kiedy pokazywałam mu kolejny zszyty kawałeczek, krytykował :"no, kochanie, tu jest krzywo, musisz to poprawić". No i ... dzielnie poprawiałam, czasem kilka razy to samo miejsce. Jemu jestem wdzięczna za to, że nauczył mnie cierpliwości i zwracania uwagi na szczegóły.

Na patchworku " Wspomnienia Alaski" są symbole Alaski - łoś, niedźwiedź, świerk sitkajski, rakiety śnieżne i szałas dla zbłąkanych i zziębniętych wędrowców.



Kolejne zamówienie dla Dorotki, podkładki obiadowe.


Pani z kotem, szyta w pochmurny dzień...


Bieżnik dla Dorotki... z motywem kwiatowym na typowym tle patchworkowym - kwadraciki.


Śmieszne "Śpiące kury" pilnujące jajek....
Tu nadziergałam się... Wszystkie elementy postanowiłam przyszywać ręcznie...


A to trzy ozdoby na ścianę lub podkładki zrobione techniką "pieced paper".
Bardzo ciekawy sposób tworzenia patchworków. Wykorzystuje się do tego wzór narysowany na papierze i w odpowiedniej kolejności naszywa się kawałeczki materiałów. Czasami są one baaaardzo, bardzo maleńkie. Na samym końcu przyszywa się aplikacje i pikuje.




To jeszcze nie wszystko....

Cdn.... Całuski <3












Deszcz... czy to musi być smutny dzień?

Kiedy za oknem jest ponuro, pochmurno, wiatr tarmosi drzewami, pada deszcz większość z nas popada w nastrój określany, jako... dołujący. Nic się nam nie chce, nie widzimy sensu naszych działań, szybko się denerwujemy, irytujemy, nasi najbliżsi bez powodu zostają przez nas obrzucani spojrzeniami z błyskawicami w oczach...

"Nastroje deszczem obmywane"
Jak trudno w deszczowy, szary dzień

Radości odnaleźć tchnienie.

I dojrzeć słońca blask

Gdy w koło same cienie.


Jak trudno z uśmiechem do przodu iść

Gdy co krok się potykasz,

Zachować wiarę w życia sens

Gdy śladu sensu nie widać.


Jak trudno nadzieję w sercu zachować

Gdy serce ktoś rani raz po raz,

I iść do przodu odważnie, i nie marnować

Tego co dziś daje Ci świat.



Tak trudno żyć w deszczowy dzień... - wiersz pochodzi z netu


Ale… dlaczego?
Przecież po deszczu przychodzi zawsze słońce...
Życiodajny deszcz daje ukojenie roślinom, drzewom, obmywa kurz...
Kiedy pada, jesteśmy bardziej...wrażliwi, bardziej romantyczni, marzymy, wspominamy, snujemy plany...
To są cudowne chwile...
Za chwilkę wyjdzie słońce i będziemy mogli zacząć realizować nasze marzenia.
Optymizm zaczyna rozświetlać wszystko dookoła.


Wiara, wiara i jeszcze raz wiara w lepsze, słoneczne jutro.
Nie poddawajmy się "deszczowym" smutkom. Nie pozwólmy, aby jeden gorszy dzień szarpał naszą duszą.
Jesteśmy Panami sytuacji, jesteśmy Władcami naszych myśli, jesteśmy Silni jak Mocarze i poradzimy sobie z każdą, nawet najtrudniejszą sytuacją.

Pierwszy dzień bloga...

Jak to się zaczęło, że założyłam bloga?
To niby proste, ale… ktoś mnie do tego namówił.
Większość z nas, tych… którym komputery i internet jest bliski i nie możemy już się bez tych rzeczy obejść, ma konto na FB.
I ja mam. Założone kiedyś, dawno, dawno, jeszcze nie było u nas w Polsce tak znane… I szczerze, zastanawiałam się, po co komu takie… FB?
Było, nic się nie działo… Ale, któregoś dnia, postanowiłam pobuszować po stronach. Natknęłam się na kochane duszyczki, napisałam komentarz, "zalajkowałam", ktoś odpisał… Ten Ktoś zobaczył moje zdjęcia patchworków… udostępnił na swojej stronie… Byłam… przeszczęśliwa. Wow, komuś się podobają? No i ta Kochana duszyczka Jolie namówiła mnie na założenie fanpage'a. Tak powstała stronka Koala's Patchwok Dream.


Miała traktować tylko i wyłącznie o patchworkach, miały być pokazywane tylko moje "dzieła"… Taaaaak… Ale ze strony o moim hobby, zrobiło się coś więcej.
Strona przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Z dnia na dzień przybywało nowych Przyjaciół… Z dnia na dzień coraz większą przyjemność sprawiało mi pisanie króciutkich przemyśleń. Mogłam dzielić się ukochanymi cytatami, wierszami… I cieszyłam się jak dzieciak, kiedy zobaczyłam komentarz.


Na początku było ich bardzo mało. Ale… z dnia na dzień… przybywało, przybywało i ciągle przybywa. Zastanawiałam się dlaczego? Ale już wiem… Wszyscy potrzebujemy odrobiny zrozumienia, każdy chce być wysłuchany i dostrzeżony, każdy chce być szczęśliwy i kochany, każdy kocha optymizm choć czasem życie przygniata…
Ja, mimo różnych dziwnych i mniej dziwnych, trudnych i potwornych chwil, staram się, walczę, wydobywam i czasem ciężkim sprzętem kopię w moich pokładach optymizmu. Te złoża są bardzo bogate we wszystkie pozytywne uczucia. Sama zastanawiam się, skąd one się wzieły?
Jak to skąd? Moja mama, która stoi przy mnie zawsze. Moja córcia, z której jestem szalenie dumna. Mój ukchany mąż, Kuba, bez którego nie dałabym rady funkcjonować. Moje, nasze miejsce na ziemi, które daje mi spokój i energię. No i… moi Kochani, Wyjątkowi, Wirtualni Przyjaciele…

To wiersz, który napisała dla nas moja Kochana Przyjaciółka od serca, Stefania...

Zrozumiałam, że te moje optymistyczne posty są potrzebne nie tylko mnie. Potrzebne są nam wszystkim. Ja dzielę się radością, uśmiechem i to wszystko do mnie wraca w zmożonej sile.
Czuję się każdego dnia silniejsza, szczęśliwsza i jeszcze bardziej potrzebna…
I ciągle, bezustannie będę powtarzać… Kochani, nie bójmy się być szczęśliwymi
To nic złego Nie ma się czego wstydzić
To, że jesteśmy szczęśliwi i głośno o tym mówimy, to nie po to, by komuś zrobić przykrość. Nie po to, żeby nam inni zazdrościli.
Wszystko po to, żeby zarażać wirusem szczęścia innych.
A szczęście jest wszędzie
W naszych dzieciach, w rodzinie, w przyrodzie i pogodzie, w kwitnących kwiatach, w szumie fal i w śpiewie ptaków
W tym, że wstajemy i czujemy,że oddychamy i widzimy piękno … I mimo deszczowej dzisiaj pogody… jestem szczęśliwa…