Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2016

Ocet jabłkowy Koali - z eko produktów...

Witam Was Kochani ponownie w piąteczek :)
Projekt "szyciowy" zakończony i znalazłam czas a przede wszystkim 
naszła mnie wena na zrobienie upragnionego octu jabłkowego.
Kilka lat miałam taki zamiar, ale jakoś brakowało... no właśnie... natchnienia.
 Dzisiaj, przy okazji pichcenia ukochanych racuszków przypomniałam sobie
o wspaniałych jabłkach, które dostałam od sąsiada.
Chyba wszyscy już wiemy, że ocet jabłkowy poza walorami smakowymi, które wzbogacają  potrawy 
ma wiele cennych właściwości leczniczych, ponieważ zawiera dużo  łatwo przyswajalnych witamin 
i mikroelementów, oczyszcza organizm z toksyn i ułatwia przyswajanie wapnia.
Ale uwaga, najlepszy jest taki, który zrobimy ze zdrowych, bez chemii jabłek... czyli z własnego ogródka albo od sąsiada, 
jak w moim przypadku. 
Moje jabłonki są jeszcze młode i niestety, nie mam tyle owoców, 
ale za rok, za dwa już będą wspaniale owocować.
No to zabieram się do pracy.

Przygotowałam słój, mój był jakiś niewymiarowy, ponad litrowy, 
nie miałam do niego wieczka, ale ono jest nie potrzebne.
Słój bardzo dobrze wymyłam i wyparzyłam.
Jabłka - na oko - 7-8 sporych jabłek, bez ogonków ale z gniazdami nasiennymi,
porządnie umyłam, pokroiłam na kawałeczki i przełożyłam do słoja.


W między czasie ugotowałam ok. 1 litra wody i do letniej włożyłam 4 łyżki miodu.
Zakłada się 1 łyżkę miodu na 250 ml wody.
Oczywiście dodałam miodu z pasieki innego sąsiada :) :) :)


Całość dobrze wymieszałam i zalałam jabłuszka.


Już wygląda wspaniale....


Takiego słoja nie zakręcamy, ale zakrywamy czymś przewiewnym. 
W moim wypadku wykorzystałam skrawek naturalnego lnu, zacisnęłam recepturką
i pozostawię w ciepłym miejscu na ok. 4 tygodnie. 
Jeszcze muszę tylko nalepić na słój karteczkę z dzisiejszą datą
i to będzie koniec.
Ale, muszę pamiętać, aby od czasu do czasu mieszać drewnianą łyżką, 
a kiedy przestanie się pienić i fermentacja dobiegnie końca, 
będę przelewać przez gazę do butelek i odstawię w chłodne miejsce. 
Najważniejsze - ocet jabłkowy nie psuje się, ponieważ sam w sobie jest konserwantem.


Dzisiaj jestem przeszczęśliwa...
Lniany bieżnik zakończony, pyszne racuszki usmażone i zjedzone ze smakiem
a co najważniejsze, zrealizowałam swój plan zrobienia wspaniałego i zdrowego octu jabłkowego.
A teraz... czas na relaks...
CAŁUSKI :* :* :*



piątek, 13 marca 2015

Kasza jęczmienna według Koali....


Witam Was Kochani w piątek 13-tego wieczorkiem :)

Dzień był piękny, słoneczny i bardzo pracowity, choć jeszcze chłodny.
Ale... nie ważne... praca w ogrodzie była bardzo owocna.
Kiedy tak "czesałam" trawniki myślałam sobie, co dzisiaj mam zrobić na obiad.
No i postanowiłam przeprowadzić pewien eksperyment.
Ja, Koala, jestem wszystkożerna... wiem, wiem... koale zjadają tylko liście eukaliptusa...
ale ja jestem inna.
Są tylko 3 rzeczy, których nie cierpię i nie tknę: 
flaki, małże i potrawy z curry.
Natomiast mój mąż Kuba... ooo, z Nim to jest poważna i trudna sprawa.

Wszyscy wiemy, że kasze są super zdrowe.
Pod względem wartości odżywczej kasze przewyższają ryż, makaron i ziemniaki. 
Są bogatym źródłem skrobi, witamin B1,  B2 , PP , B6 , kwasu foliowego i witaminy E. 
Sporo jest również składników mineralnych, głównie potasu obniżającego ciśnienie, 
żelaza zapobiegającego niedokrwistości oraz magnezu korzystnie działającego na układ nerwowy 
i pracę mięśni (w tym sercowego). Kasze są też całkiem dobrym źródłem wapnia, miedzi, cynku, manganu i krzemu.

No, ale nie wszyscy ją lubią. W tym mój Kuba.
Mój dzisiejszy eksperyment to kasza jęczmienna ugotowana inaczej, 
tak, aby Kuba ją zjadł, czyli odpowiednio doprawiona.
Czyli... kasza z cytryną... cytryna to numer 1 w naszej diecie.
Dodaję ją do wszystkiego.
Tak więc ugotowałam kaszę w dużej ilości lekko osolonej wody z małą ilością 
suszonych warzyw.
Potem ją odcedziłam i przełożyłam do małej formy.
Dodałam porządną łyżkę masła.
No i teraz najważniejszy składnik, czyli cytryna.


Cytrynę należy wyszorować i dobrze sparzyć wrzątkiem.
Całą cytrynę osuszyłam, skórkę starłam na drobniutkiej tarce i wycisnęłam z niej cały sok.
Doprawiłam jeszcze zmielonymi płatkami chili, mieloną papryką słodką i ostrą 
oraz posoliłam jeszcze raz do smaku.
Tak przygotowaną kaszę przełożyłam do formy i włożyłam na 10 minut 
do piekarnika ustawionego na 175 stopni.


A w między czasie przygotowałam sobie robótkę... jeden blok...
wyszyję filiżankę z różyczkami...
będzie to środek poduszki... najpewniej poduszka do kuchni, jedna z trzech.
Każda będzie miała inny wzór filiżanki i inne kwiatki.


Po 10 minutach pieczenia kasza była gotowa.
Do kaszy zrobiłam gulasz ze schabu a do tego ogóreczki z własnego ogrodu 
w zalewie słodko-kwaśniej.


Nadszedł czas na test, czy Jakub ucieknie od stołu, czy jednak spróbuje.
No i wiecie co, powiedział, że będzie jadł.
Uffffff, co za ulga...
Pierwszy raz od 16 lat, kiedy jesteśmy razem zjadł kaszę.
Co za szczęście... :) :) :)

Jeśli jeszcze nie poznaliście takiego sposobu, 
spróbujcie i dajcie znać, czy Wam smakowała.
Czekam na Wasze komentarze.

CAŁUSKI i do następnego :)




środa, 10 grudnia 2014

Gotowanie w wolnowarze - bigos Koali.

Witam Was Kochani.
Środa, zimno i straszliwie wieje. Za oknem szaro, buro i ponuro.
Ale w domciu.... mmm... zapachy, wspaniałe zapachy.
Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć garnek - tzw. WOLNOWAR.
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze w naszym kraju nikt nie słyszał i nie widział tego cuda, 
ja wraz z mężem Kubą, odkryłam go w USA, u naszych Przyjaciół.
Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia a po spróbowaniu potrawy z niego byłam totalnie, nieuleczalnie chora z miłości.
I pamiętam to jak dzisiaj - a było to... 10 lat temu.
Fran, moja przybrana Siostra, ułożyła w nim mięso pokrojone w dużą kostkę, obłożyła je warzywami i zalała wodą. I to wszystko. Powiedziała, że za 24 godziny będzie pyszna potrawa.
Wtedy nie wierzyłam Jej. Ale następnego dnia, po gotowaniu przez całą noc, zobaczyłam, że faktycznie, zaczyna się coś pysznego dziać. Doprawiła jeszcze całość, wlała przecier pomidorowy i znowu zakryła.
Wieczorem, było to tzw. stew z wołowiny, czyli gulasz.
Przepyszny.
Tak byłam zakochana w tym garze, że wracając do Polski wiozłam go w walizce....
Należało jeszcze tylko dokupić kostkę - transformator, który zmieniał prąd ze 110 ( taki jest w USA) na 220 . Ale to był drobiazg.
Od tego czasu mój wolnowar jest systematycznie używany, między innymi do 
BIGOSU.
No i właśnie dzisiaj, kiedy na dworze jest paskudnie, postanowiłam zrobić mój bigos.
Zaczęłam pichcenie już wczoraj, przygotowując mięso, kiełbasę, boczek i cebulę. 
To wszystko lekko podsmażyłam i wrzuciłam do gara zalewając rosołkiem.
Dołożyłam przyprawy i po równo, kapustę kiszoną i świeżą.
I tyle. Zakryłam naczynie, raz na godzinkę przyciskałam kapustę...
Przed pójściem spać dodałam słoiczek domowego przecieru pomidorowego - oczywiście pomidorki z naszego ogrodu. W tym roku przecier jest wyjątkowo pyszny, bo robił go mój Pan Mąż.


A tak wygląda mój bigos po całym dniu delikatnego gotowania.


A czym jest wolnowar?

Wolnowar jest urządzeniem do wolnego gotowania w temperaturze poniżej 80º C. 
Nie doprowadza potraw do wrzenia, lecz zachowuje i pogłębia ich smak, bez straty istotnych składników odżywczych. Doskonale nadaje się do przygotowywania wszelkiego rodzaju potrawek, bigosów, klopsików, zrazów, gulaszów, zup -zwłaszcza rybnych, sosów - np. grzybowych czy bolognese oraz do duszenia mięs i ryb. Jest więc idealny do potraw, które wymagają długiego gotowania. 

Pięknego dnia, Kochani... :)


piątek, 5 grudnia 2014

Świąteczne smaki z dzieciństwa - pierogi...

Witam was Kochani po dość długiej przerwie.
Dzisiaj nie będzie nic o szyciu tylko o.... pierogach :)
Święta coraz bliżej... niby jeszcze jest czas, ale moje myśli powolutku biegną do tego magicznego dnia.
To już nie te czasy, kiedy na dłuuugo przed świętami zdobywało się dosłownie wszystko...
pomarańcze, mandarynki, orzechy "rzucali" w dobrych delikatesach...
Ustawiały się bardzo długie kolejki, aby te wszystkie smakołyki zdobyć.
Jakaż radość była, kiedy moja Babcia przychodziła do domu po wielu godzinach stania 
w "ogonkach" z pełnymi siatkami tych rarytasów.
I mówiła... Małgosiu, to tylko na święta...
Ślinka leciała i ze smutną minką odchodziłam i po nocach marzyłam, żeby jak najprędzej już były te święta.
Dzisiaj mamy wszystko... na co dzień... co kto chce...
Ale... są takie smaki, które do dzisiejszego dnia kojarzę tylko za świętami i ze wspaniałą, kresową kuchnią mojej Babuni.
Widzę Ją przy stolnicy, z jakim wdziękiem i w jakim ekspresowym tempie przyrządzałam ciasto na pierogi. Niestety, nigdy nie miałam czasu ani... chęci nauczyć się tych wszystkich pychotek od Niej...
Teraz bardzo tego żałuję i ciągle poszukuję przepisów, które są bardzo blisko tych moich smaków z dzieciństwa.
I wiecie co, udało mi się znaleźć i już od kilku lat robię ciasto na pierogi właśnie według tego jednego przepisu.

(zdjęcie pochodzi ze strony http://img1.stylowi.pl//images/items/o/201305/stylowi_pl_kuchnia_pierogi-z-krewetkami-gotowane-na-parze_7693793.jpg )

W naszym domu na święta były zawsze 2 rodzaje pierogów: 
z kapustą, tzw. postne oraz z grzybami do barszczu. 
Na co dzień były oczywiście ruskie pierogi z twarogiem i ziemniakami, z przysmażoną cebulką i obowiązkowo ze skwarkami.  Latem Babcia robiła pierogi z owocami...
Jestem pierogową panną i kocham je wszystkie.
Najważniejsze jest dobre ciasto.

Podam Wam Kochani przepis, który mam od lat z książki Pani Małgorzaty Caprari "Kuchnia kresowa". Sprawdzony i wyśmienity. Pierogi są elastyczne i nie rozklejają się podczas gotowania.
Porcja jest duuuuża.... :) 

CIASTO NA PIEROGI I:

1 kg mąki pszennej
1/2 szklanki gorącego i przegotowanego mleka
4 jajka
10 dag masła
2 łyżki kwaśnej śmietany
sól

Do michy przesiać mąkę ze szczyptą soli, wlać gorące mleko i dodać tłuszcz o temperaturze pokojowej.
Energicznie wyrobić. Ja wyrabiam ciasto w maszynie do chleba....
Dodać jajka i śmietanę i ciągle energicznie wyrabiać.
Należy kontrolować nasze ciasto i w miarę potrzeby dodać ciut mąki lub ciut mleka lub śmietany.

A potem już tylko wałkować, wykrawać kółka i nakładać ulubiony farsz.
Do gotującej się wody zawsze dodaję troszkę tłuszczu -  najlepiej oliwy.

Mam jeszcze inny przepis na ciasto pierogowe. Oba te przepisy wykorzystuję na zmianę.

CIASTO NA PIEROGI II:

1 kg mąki pszennej
3 łyżki oliwy lub oleju słonecznikowego
1/2 szklanki wrzącej wody - uwaga, może być ciut mniej
2-3 jajka
sól

Mąkę przesiać z solą, wysypać na stolnicę i dodać oliwę, wymieszać z mąką tępym nożem.
Następnie dolewać wrzątku. Ciasto ma być elastyczne i lśniące.
Uwaga: jajka wbijamy na końcu, kiedy ciasto ostygnie.
Ale jeśli macie maszynę do chleba, jak najbardziej można jej użyć nastawiając na funkcję szybkiego rozczynania ciasta.

I to wszystko :)

Życzę wspaniałego lepienia pierożków :)



czwartek, 24 października 2013

Cebularze Koali... pyyyycha

Witajcie Kochani...
Dzisiaj podzielę się z Wami przepisem na super przekąskę...
Cebularze odkryłam 6 lat temu i zakochałam się w nich od pierwszego... kęsa...
Mój mąż Jakub odda najlepsze rarytasy za moje cebularze.
Przepisów jest bardzo dużo, ale podam Wam mój, wypracowany i zmodyfikowany.





CEBULARZE KOALI - przepis

Ciasto:
  • 2,5 szklanki mąki pszennej
  • 3 dag drożdży
  • 5 dag masła
  • 1 jajo
  • 3/4 szklanki mleka
  • po 1/2 łyżeczki: majeranku, tymianku, kminku
  • łyżeczka cukru
  • dobra szczypta soli
Nadzienie:
  • 3 duże cebule
  • 10 sztuk średnich pieczarek
  • kawałeczek boczku wędzonego
  • 10 plasterków sera żółtego
  • sól, pieprz, słodka papryka w proszku, 
  • sos sojowy
  • olej do smażenia
Ciasto drożdżowe przygotowuję od zrobienia zaczynu. 
Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. 
Do miseczki daję pokruszone drożdże, cukier, troszkę letniego mleka i łyżkę mąki. Odstawiam na 15 minut do wyrośnięcia. 
W tym czasie robię nadzienie.
Podsmażam pokrojony w kosteczkę boczuś, dodaję cebulę pokrojoną w pół krążki i pieczarki pokrojone dość drobno... Doprawiam wszystko w momencie, kiedy już pieczarki troszkę się poddusiły...
Sporo pieprzu, sos sojowy i ciut soli... do smaku, jak kto woli... 
Ważne, aby składniki  farszu ładnie się połączyły i  aby odparować cały płyn. 
Ostawiam do wystygnięcia.
Kiedy już zaczyn podrósł, zabieramy się za ciasto.
Ciasto robię w maszynie do pieczenia chleba. Jest tam funkcja rozczynanie ciasta drożdżowego.
Do pojemnika wsypuję mąkę, przyprawy, jajo, roztopione i ostudzone masło, nasz rozczyn i resztę mleka. Włączam maszynę w ruch i obserwuje jak zachowuje się ciasto. Po paru minutach juz widać, czy trzeba dosypać więcej mąki lub dolać ciut mleka. Sprawdzam dotykając ciasto szybkim ruchem, jeśli się lepi - dodaję mąki. Cały proces wyrabiania ciasta trwa 1 i 1/2 godziny. 
Po tym czasie, kiedy ciasto podwoiło swoją objętość, dzielimy je na 16 kawałeczków.
Formujemy kulki i lekko spłaszczamy dłonią.
Układam je na dwie blachy wyłożone papierem do pieczenia, po 8 sztuk na blasze.
Po środku krążka robię wgłębienie i delikatnie nakładam farsz. Na koniec, ser żółty kroję drobniutko i posypuję farsz. Aby nasze cebularze ładnie wyglądały, smaruję brzegi ciasta mlekiem. 
Obie blachy wkładam do nagrzanego piekarnika do 175 stopni i piekę 30 minut. W połowie czasu zamieniam położenie blach - inaczej cebularze na górnej blasze się przypalą a na dolnej będą blade.

Cebularze smakują zawsze i wszędzie... są super na kolację, jeśli zostaną - raczej wątpię - na zimno na śniadanie, a rewelacyjnie smakują podane do barszczu.  

SMACZNEGO...









niedziela, 13 października 2013

"Klimaciarskie" naleśniki Koali

Witam Was Kochani...
Jesienna niedziela... sprawiła, że przypomniałam sobie, jak bardzo długo szukałam właściwego i ukochanego smaku  naleśników. Niby takie proste, niby takie zwyczajne, ale wiele lat poszukiwałam...
Pamiętam dokładnie, że jako dzieciak gdzieś, kiedyś u kogoś jadłam naleśniki o niebiańskim smaku.
Byłam zachwycona, wniebowzięta i jadłam, jadłam, jadłam 
starając się dokładnie zapamiętać ten smak.
Po powrocie natychmiast zdałam dokładną relację mojej kochanej Babci 
a Ona dosłownie w tej samej chwila zabrała się za przyrządzanie ich według moich... wskazówek. Smażyła je i czekała z poważną miną  na moją opinię... Niestety, nie były one takie, jak bym chciała. 
Babunia znakomicie i pysznie gotowała, ale do naleśników chyba nie miała cierpliwości, 
albo moje wskazówki były byle jakie.
Miałam też koleżankę, moją sąsiadkę mieszkającą piętro niżej, później była moją jedyną przyjaciółką i jest... mam nadzieję do dzisiaj. Ona tak samo jak ja kochała naleśniki. 
Jej mama robiła je podobnie do moich wymarzonych, ale ciągle czegoś im brakowało.
Aż pewnego dnia, całkiem nie dawno, zaczęłam szperać, szukać, porównywać przepisy 
i sprawdzać je w kuchni. Drogą smakowania, porównywania, modyfikacji 
znalazłam mój magiczny, niebiański smak naleśników. 
Różnią się one od tych z dzieciństwa, bo przecież z latami nasze smaki się zmieniają. No i kiedyś nie było takich składników jak dzisiaj. Ale takie właśnie kocham i ja i mój Kuba.


"Klimaciarskie" naleśniki Koali   przepis na 16 sztuk

2 szklanki mąki
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki pieprzu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
2 szklanki mleka
1/2 szklanki wody gazowanej
4 jajka
2 łyżki oleju
kilka kropel ciemnego sosu sojowego
masło do smażenia

Do przesianej mąki dodaję przyprawy, sos, olej, mleko i wodę.
Ubijam tak, aby powstało gładkie, rzadkie ciasto.
Odstawiam je w spokoju na 10 minut i dopiero po tym czasie albo dolewam mleka, jeśli wyszło za gęste, albo dosypuję mąki, jeśli za rzadkie. Najczęściej jest akurat.
Na rozgrzaną patelnię rozsmarowuję ciut, ciut masełka i chochelką wlewam troszkę ciasta. Najsmaczniejsze są takie... cieniutkie... Smażę je i podziwiam piękny wygląd i kapitalny aromat.
A potem to już kwestia gustu i chwili z czym je podaję. Najczęściej połowa znika zaraz po usmażeniu...
SMACZNEGO...


niedziela, 25 sierpnia 2013

Przecier pomidorowy Koali... bez pasteryzacji

Niedzielne, leniwe południe...
Zegar powolutku sobie tyka, zapachy rozchodzą się po domu...
Popijam aromatyczną kawkę z ekspresu a na kuchni powolutku "pyrka" ...
No właśnie...
Zrobiłam porządek z pomidorami w szklarni i na zewnątrz...
Pozbierałam wszystkie pomidorki przejrzałe i niekształtne... 
nazbierało się tego sporo, prawie 3 kg.
Postanowiłam zrobić przecier... taki, jak ja i Kuba lubimy...
Bo przecież nie ma nic lepszego od przecieru domowego.
Zawsze nasiona sama wysiewam, pielęgnuję, potem pikuję większe roślinki do małych doniczek 
a pod koniec maja przesadzam do dużych donic w szklarni. 
Kocham donice... zawsze mam porządek, bo szklarnia wyściełana jest czarną włókniną.
A co najważniejsze, każdego roku pomidorki mają świeżą ziemię 
i mam gwarancję, że choróbska nie siedzą w starej ziemi.
A pomidorkom dobrze jest w przerobionym oborniku końskim z domieszką ziemi...
Rosną jak na... drożdżach.
I nigdy, przenigdy nie stosuję chemii...
A oto przepis na przecier pachnący latem i ziołami....



Przepis Koali na przecier pomidorowy:
około 3 kg pomidorów
2 średnie cebule
8 ząbków czosnku
4 łyżki oliwy
sól, pieprz, cukier, tymianek i bazylia

Cebulkę i czosnek pokroić i kosteczkę, podsmażyć na oliwie, posolić i popieprzyć. 
Do cebulki wrzucić pokrojone w kawałki pomidory. 
Niektórzy usuwają pestki i skórkę, ale ja tego nie robię.
Gotować do momentu rozpadu pomidorów i zgęstnienia sosu. 
Cały czas "smaczymy" nasz przecier, wedle uznania.
Dobrze miksujemy ręcznym mikserem, takim jak miksujemy zupy i jeszcze troszkę gotujemy, 
by wygotować nadmiar wody. 
Ostatecznie doprawić solą, pieprzem, cukrem i ziołami.
Następnie gorący sos wlewać do słoików, które wcześniej należy wyparzyć, 
mocno zakręcić i odstawić na ściereczkę nakrętką do dołu, aby słoiki się zamknęły, 
wtedy przetwory nie wymagają pasteryzacji.
Po 15 minutach odwrócić, żeby resztki powietrza w słoiczkach dobrze zassało nakrętki.
I tyle... 
Plan na dzisiaj wykonany... wszyscy będą zimą szczęśliwi....
A ja Was Kochani Przyjaciele całuję ....


czwartek, 22 sierpnia 2013

Dary mojego ogrodu...


Druga połowa sierpnia… czas wielkich zbiorów nadchodzi…
Trzeba już pomyśleć o robieniu przetworów, odkopać z pamięci przepisy, zakupić nowe słoje, nakrętki, dużo cukru i przypraw…
W ogrodzie czeka aronia do zbierania. W tym roku gałęzie uginają się od ciężaru owoców.
Pewnie zrobię soki do… nalewki aroniowej. 
Nasze domowe nalewki… to nasza wielka słabość z Kubusiem. 
Pomidory w szklarni… posadziłam trzy odmiany, ale jedną przeznaczę na zrobienie przecieru…
Taki przecier własnej roboty z własnych pomidorów jest przepyszny. Zawsze dodaję dużo czosnku, cebulki i dużo ziół… A kiedy przychodzą chłodne dni i otwieram taki słoiczek…. mmmmm…. bajka… aromat rozchodzi się po całym domu… i głód w jednej sekundzie atakuje żołądek, 
ślinianki zaczynają mocniej pracować… 
Śliwki jeszcze dojrzewają … W naszym rejonie wszystko zaczyna kwitnąć później, niż gdzie indziej. 
W związku z tym i zbiory mamy późniejsze. 
Każda z nas, białek w naszej wiosce - tak się mówi na kobiety na Kaszubach - już wie, że krzaczki pomidorków przenosimy na zewnątrz dopiero w pierwszych dniach czerwca. 
Ogórki siejemy po koniec czerwca. Tak już u nas jest… pogoda nas nie rozpieszcza, ale … zawsze to powtarzam, nie ma co narzekać… inni mają gorzej…
Rajska jabłoń, maleńkie drzewko a ma ogrom owoców na sobie. Jest taka wdzięczna, uwielbiam ją, 
bo od wczesnej wiosny do późnej jesieni ozdabia nasz ogród swoją piękną szatą. 
Bardzo wcześnie zieleni się, ma cudne podłużne, ciemno zielone liście, dość szybko zakwita, prawie w tym samym czasie co wiśnia japońska. A potem zawiązuje maleńkie owoce. W tym roku wyjątkowo dużo ma owoców, są większe niż ostatnio i bardziej czerwone, w zasadzie… bordowe. Ale na zbieranie ich jest jeszcze czas. Musimy poczekać do pierwszych przymrozków. 
Do przymrozków musi poczekać też pigwa, ukochany owoc… zdrowy i nieziemsko pachnący… 
Owoc  bardzo twardy. I obojętnie co będziemy z nich robić, musimy pozbyć się nasion, których ma bardzo dużo. Wymyśliłam, że do tego celu użyję specjalnego tasaczka i specjalnej do niego deseczki z wgłębieniem. Przywieźliśmy taki komplet z Alaski i uważam, że jest idealny właśnie do tego zadania. Kiedy zabieram się za dzielenie na ćwiartki każdej żółciutkiej kulki tym ostrym narzędziem, moja mama wychodzi. Nie może na to patrzeć. I tylko słyszę… "Jezu, zaraz obetnie sobie palce… " A ja spokojnie, bez nerwów kroję i rozkoszuję się wspaniałym aromatem.
Każdą ćwiartkę oczyszczam z nasion i rozdrabniam ręcznym blenderem, ale nie bardzo drobno . 
Potem zalewam… miodem… Sok używam do pigwówki a owoce do… herbatki… pycha.
Oczywiście jeszcze grzyby, które tak na dobre zaczną się u nas za jakieś… dwa tygodnie.
Na zaprawy zbieram tylko i wyłącznie malutkie kapelusiki podgrzybków… robię je w occie jabłkowym z aromatycznymi przyprawami… Uwielbiam też opieńki…. 
Do suszenia zbieram większe grzyby, głównie prawdziwki, koźlarze, podgrzybki, zajączki i kanie… 
Jeśli sezon będzie dobry, znowu będę mogła obdarowywać chętnych… uwielbiam to… 


W tym roku postanowiłam, że zamiast stać przy kuchni w domu, przeniosę się do ogrodu.
Namówiłam Kubusia do wystawienia "kozy"…  ależ to super sprawa. 
Jak wieś, to wieś… zwłaszcza, że przy robieniu soków zawsze cała kuchnia lepi się. 
Zmywanie i sprzątanie trwa... całe wieki.
A ponieważ zajmuje to bardzo dużo czasu i pewnie nie będę miała już sił na gotowanie obiadu, wymyśliłam, że obok, na palenisku w kociołku żeliwnym zrobię już wypróbowaną… pieczonkę.


Sprawdzony przepis na gromadkę głodomorów - ok. 16 osób

3,5 kg ziemniaków - młodych, wyszorowanych, w skórce, pokrojonych w sporą kostkę
700 g wędzonego boczku ze skórą – odkroić skórę i 6 plastrów – resztę pokroić w dość sporą kostkę 
500 g kiełbasy – pokrojonej w dość sporą kostkę 
6 dużych cebul – pokrojonych w średniej grubości plastry
4 spore marchewki  - pokrojone w ukośne plastry
3 średnie buraki - pokrojone w dość cienkie półplasterki 
500 g pieczarek – pokrojonych w plasterki
7 pomidorów – bez skórki w grubych plastrach lub 2 puszki pomidorów w puszce
przyprawy – sól, pieprz, ostra papryka, natka pietruszki, ziarna ziela angielskiego, 2 liście laurowe
5 liści włoskiej kapusty
1/2 butelki piwa
1/2 kostki smalcu + 1/4 kostki masła  - za pierwszym razem dałam tyle, ile jest w tym przepisie i było bardzo tłuste. Teraz da dno daję tylko skórę z boczku. Ale jeśli ktoś lubi tłuste potrawy, to można użyć i smalcu i masełka.
Na spodzie wyszorowanego kociołka należy ułożyć skórę z boczku, a na ściankach jeden okrąg z plastrów boczku. Pozostałe składniki dzielę sobie na 2 części, tylko ziemniaki na 3 części.
Potem układam warstwy w kolejności:
ziemniaki, marchew, cebula - sól, pieprz
buraki, boczek + kiełbasa - papryka w proszku
pieczarki, pomidory świeże lub z puszki - sól, natka, ziele, liść laurowy

..... i tak do końca składników.

Dokładnie ugnieć całość w kociołku (w trakcie pieczenia sporo się skurczy). 
Na samym wierzchu ułóż warstwę ziemniaków, posól je, włóż smalec i wlej piwo. 
Przykryj liśćmi kapusty, zamknij pokrywę i zakręć (niezbyt mocno). 
Piecz na małym ogniu w ognisku (dużo żaru) ok. 1,5 do 2 godzin.

Ten kociołek to prezent od mojej mamy na naszą rocznicę ślubu...

Jeśli tylko macie taką możliwość, aby zrobić na działce maleńkie palenisko, 
to polecam z całego serca taki kociołek. 
Strawa jest wyśmienita. 
Kiedy już warzywa i mięsko zaczyna dochodzić, czuje się ten zapach… wszędzie. 
Trudno jest doczekać w spokoju do czasu, kiedy danie będzie gotowe.
Ostatnio również wypróbowałam grochówkę. To dopiero była pychota…
Zorganizowanie "kociołka" jest fantastycznym sposobem na spędzenie cudnego czasu z rodziną, 
ze znajomymi z przyjaciółmi, kiedy już na dworze robi się chłodniej… 
Panie kroją wszystkie składniki, popijając przy tym … winko, 
panowie rozpalają palenisko z chłodnym piwkiem w ręce
a w tle sączy się muzyczka…  Jest wesoło i … bardzo towarzysko.
A że każdy z nas lubi spędzać czas na łonie natury w gronie ukochanych osób,
to jestem pewna, że spotkania "z kociołkiem" przyjmą się.
Bo przecież wspólnie przyrządzony posiłek, radość i śmiech to są bezcenne chwile.